Mamo dlaczego woda jest mokra? czyli o czym można usłyszeć w naszym domu.
Kategorie: Wszystkie | Adopcyjnie | Antek | Dzieci i ja. | Karola | Poza dziećmi
RSS
niedziela, 17 lipca 2011
Drżyjcie Pomorzanie czyli Diabelski Młyn nad morzem.
Tak oto, po długiej średniomęczącej podróży znaleźliśmy się na plaży, nad morzem, na urlopie, pod namiotem. Każdy przyjechał w przez siebie wybrane miejsce.

Dzieci wiedziały, że jechać będą całą noc i na miejsce zajadą "jutro" więc Karolina po przebudzeniu w okolicach 5.30 rano zapytała "Czy dzisiaj jest już TO jutro?". To już było TO jutro i o 6.13 wysłałam pierwsze SMSy z plaży.
Pierwsze wrażenie średnie... ot, kawałek wody widać było między drzewami i Antek nawet nie miał zamiaru do końca się obudzić. Sunął noga za nogą na plażę bez wyraźnego zainteresowania. Głowę zaprzątało mu jedno pytanie: No kiedy ja się wreszcie położę spać?! Nie widziałam jego miny ale słyszałam jak otwierają mu się oczy... Ogrom morza, szum wzburzonych fal zrobiły odpowiednie wrażenie. Całość sprawiła, że dzieci padły sobie w ramiona.
Antek wykorzystał okazję i się wykąpał... w dresach. Samochód zapakowany, ubrania gdzieś w torbach, deszcz siąpi a Antek przemoczony. Teraz jemu siąpi... z nosa.
Wszystko jest fajne,  świetne, najpiękniejsze i najlepsze. Karolina rządzi. "Antek kasa jest! Wydajemy!" I wydają. Karolina przekonuje nas na każdym kroku, że ma "jeszcze dychy". Płacenie idzie jej różnie. Pierwsze zakupy zrobili chętnie po czym padło: 19zł. I tu Karola wbiła w nas wzrok:
- No zapłać mamo. - kurczowo ścisnęła torebkę.
- Masz kieszonkowe, mówiłaś, że jest kasa i będziecie wydawać to płać.
Zapłaciła. Jeszcze jej zostało i... poszło. Już nie ma oporów aczkolwiek najchętniej wyciąga bilon, z "dychami" już ma problem. Tosiek zafundował sobie tatuaż dinozaura Rexa, Karola kolorowe warkoczyki. Tatuaż zejdzie po którymś myciu, warkoczyki mają się trzymać do czterech miesięcy... pójdzie do szkoły różowo-zielono-niebieska o ile do wyjazdu nie zrobi następnych bo korci ją jeszcze czerwony...

Na polu namiotowym wszyscy są Antka kumplami. Już w trakcie stawiana namiotu przyniósł kanapkę z nutellą.
Karola zajęta jest gromadzeniem pamiątek. Warkoczyki, zdjęcia, siniak na pupie, muszelki i kamienie na razie jej nie zadowalają. Ach! miała nawet syreni ogon z piasku.

I tak jak rano Antek był pierwszym kąpiącym tak o 21 Karola była ostatnią, która, przy zachodzie słońca, wyszła z wody.

Na kempingu tłok. Trudno powiedzieć, że kolejny przyjezdni się wciskają, oni się wciaśniają w panujący ścisk. Ale jest wesoło i spokojnie zarazem. Rozczarowanie w sumie miłe bo myśleliśmy, że namioty są w odwrocie a tu się okazuje, że jeszcze sporo ludzi wybiera taką formę spędzania urlopu. Tym bardziej cieszy, że jest naprawdę dużo rodzin z dziećmi. :)

Rejs statkiem mamy za sobą, rejs oczywiście "Ahojskim" statkiem. Teraz polujemy na samolot, bo odbywają się tu loty i lata jeden z numerem telefonu doczepionym do ogona ale jeszcze nie udało nam się go zapamiętać 664... jeszcze 6 cyfr. Może w końcu przeleci nam przed nosem.

Trzymajcie kciuki za ładną pogodę a ja tymczasem pozbieram stonkę do namiotu. Coś nie mają czasu na spanie dziś.

Antek właśnie się kładzie spać i wyraził chęć, kategoryczną... powrotu do domu...
22:47, deminiminis
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 lipca 2011
Kiedy kula jest kulą? A kiedy kurą? czyli o R.
Antkowi w brzuchu...
- Mamo słyszysz jak mi w brzuchu bulczy?
- Słyszę jak ci burczy.
- Bulczy.
- buRczy.
- Bulczy.
- Ej ale powiedz ładnie bu-r-czy.
- Mamo ale mi nie bulczy! Mi bulczy!

Ok. Bul, bul, bul...
01:41, deminiminis , Antek
Link Komentarze (1) »
Babcio-ciocia w roli ofiary czyli jak narodził się Zgubiak.
Wchodzimy do Tesco w towarzystwie babcio-cioci. Zadowoleni, że przez chwilę Antek ma innego słuchacza. Jednak nie udaje mu się dojść do głosu...
Ciocia Grażyna ma wnuki i nawykła jest do częstego pouczania...

- I pamiętaj Antoś jak idziesz przez ulicę to zawsze z mamą albo tatą za rękę, bo samochody jeżdżą i może coś ci się stać, możesz wpaść pod samochód, może ktoś cię przejechać i pojedziesz do szpitala. - ciocia niczym wydział prewencyjny nauczała zobojętniałego Antka  - A w sklepie też musisz pilnować rodziców i sam nie możesz nigdzie chodzić, bo możesz się zgubić i cię będą szukać, a jak się zgubisz to może cię ktoś zabrać. A jak cię ktoś będzie pytał to powiedz jak się nazywasz. Pamiętaj! Antek a ty wiesz jak się nazywasz? Powiedz mi?
- Antek K...
- Dobrze. To jak się zgubisz to powiedz jak się nazywasz. Co powiesz jak się zgubisz?
- Zgubiak.
- Eeeee - ciocia straciła wątek - Masz powiedzieć NAPRAWDĘ jak się nazywasz. To jak się nazywasz naprawdę?
- Zgubiak, jak się zgubię to będę się nazywał Zgubiak.
 Tak oto kolejna osoba padła ofiarą Antkowej logiki.

 Nauki pobraliśmy wspólnie. Antek o prawidłowym zachowaniu w krytycznych i śmiertelnie dla dzieci niebezpiecznych sytuacjach (bo ciocia jest osobą raczej nadopiekuńczą i ma tendencję do wyolbrzymiania, chyba po to żeby na dziecku zrobić większe wrażenie) a my dowiedzieliśmy się, że jak będą nawoływać w sklepie państwa Zgubiaków to... do nas.
01:35, deminiminis , Antek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 lipca 2011
Ręce i nic więcej czyli co Karolinie w oko wpadło.
Sklepowa lodówka wypełniona kawałkami wieprzowiny. Kupuję schab, ten sam co go w polskim menu nie ma (tak, tak mam żal bo ze wszystkich słodyczy najbardziej lubię kotlety schabowe). Karolina zamarła przed szybą.
- Mamo, mamo! Zobacz! Tu leżą świńskie ręce!!
15:15, deminiminis , Karola
Link Komentarze (1) »
To mit i legenda czyli obalanie prawd.
Co prawda nie jestem mamą niejadków, ale zdarza się, że na pokładzie wybucha bunt i któreś nie chce jeść. Tata załatwia sprawę krótko - Jak nie zjesz to będziesz lekki/lekka jak piórko, wiatr zawieje i cię porwie. Oczywiście najczęściej pada - Musisz jeść żeby rosnąć.
Czy i w jakim stopniu dzieci w to wierzą nie wiem. Antek jednak postanowił sprawdzić jak to jest z rośnięciem. Świadkami doświadczenia nie byliśmy, nie wiemy kiedy się odbyło. Zostaliśmy poinformowani o efektach, tata został poinformowany...

- Tato a kiedyś leżałem na ławce. I oddychałem. I losłem. I nawet jeść nie musiałem!

Argument: jeść żeby rosnąć - upadł na ławce i już się chyba nie podniesie. 
15:00, deminiminis , Antek
Link Komentarze (1) »
sobota, 09 lipca 2011
Czułe słówka czyli wymiana serdeczności.
Po długiej rozłące krótka rozmowa telefoniczna.
- Antek?... Cześć smrodzie mały! - radośnie wykrzyknęła Karola.
Rozmowa potoczyła się wartko... o śmierdzących kupach.
02:18, deminiminis , Karola
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 lipca 2011
Syndrom kasztana czyli moje wizje niedalekiej przyszłości.
Wakacje się zaczęły a ja już mam "syndrom kasztana".
Syndrom kasztana - kuzynka Dorota, będąc małą dziewczynką, ujrzała na swej drodze duże drzewo.
- Co to za drzewo? - zapytało ciekawe świata dziecko.
- Kasztan.
- A co na nim jest?
- To są małe kasztany.
- I one urosną?
- Tak urosną. Jesienią będą duże, będą spadać z drzewa i będziemy je zbierać. - Dorotka uzyskała wyczerpującą odpowiedź.
Temat się urwał na jakiś czas. Bardzo jednak zajął młodą głowę. Pewnego dnia...
- To jak ja kiedyś jesienią będę szła pod tym drzewem to mi kasztan na głowę może spaść.
Tak powstał w rodzinie zwrot "syndrom kasztana" i oznacza ni mniej ni więcej jak martwienie się na zapas rzeczami, na które i tak nie mamy wpływu, które stać się mogą ale prawdopodobieństwo jest niewielkie.

Wracając do tematu. Wakacje się zaczęły a ja myślę o tym co będzie pod koniec sierpnia (pewnie mi kasztan na głowę spadnie). Wizję mam. Ja otępiała od całodziennego kontaktu z progeniturą, zrezygnowana i udręczona wiecznym hałasem i Oni... wiecznie pełni sił i pomysłów, ciągle głośni do granic wytrzymałości...
I jak zawsze ten kawałek mnie śmieszył do łez, mogłam go oglądać zawsze z tym samym napięciem, to teraz widzę na nim siebie... pod koniec sierpnia.

PS Jutro wieczorem wraca Karola...


czwartek, 07 lipca 2011
Bezdzietna na zakupach czyli gdzie mnie nogi poniosły.
Bezdzietności, nawet chwilowej, nie ma co mi zazdrościć. Zadziwiająco szybko się od nich odzwyczajam jak znikają z pola widzenia, a jak wracają na łono to potrzebuję kilku dni zanim znów zacznę funkcjonować w polu, nieustannego, dzieciowego rażenia. ;)

Byłam w sklepie. Pojechałam pobłąkać się wśród konfekcji tescowej. Wsiadłam w tańszy środek lokomocji - Tico. Po kilku metrach samochód zaczął dymić z kierownicy, a że i tak benzyny w nim tylko opary to bez żalu przesiadłam się w drugi. Nie wiem co dymiło. Nagrzany od słońca był bardzo, pewnie jakieś zwarcie i stąd siwy dim.

Jeszcze muszę nad sobą popracować bo oczywiście poszłam do 5,10,15 i nabyłam cienkie spodnie na cienką dupkę Karoliny. Może nie będą z niej spadać.

Ale szał! Kupiłam SOBIE!!! SPÓDNICĘ!!! i bluzkę. Nie wiem jak to się stało, zupełnie nie wiem. Zachowanie nietypowe, to chyba przez ten wiewiórczy blond na łbie. Aha, farbę też nabyłam i rozjaśniam dalej. Jak szaleć to szaleć ino z przytupem!

Na konfekcji męskiej, krok w krok chodziło za mną starsze małżeństwo. Oglądali. Pani Żona znalazła T-shirt dla Pana Męża.
- Zobacz jaki ładny, jasny, do jasnych spodni, w sam raz na lato. - przekonywała. - Kup sobie.
Rzuciłam okiem - nie to ładne co ładne ale co się komu podoba - pomyślałam.
- Popatrzmy jeszcze - bronił się Pan Mąż.
Na chwilę mi się zgubili, ale jak natknęłam się na nich za kolejnym regałem, nadal Pani Żona pracowała nad Panem Opornym.
W końcu postanowiła znaleźć sprzymierzeńca. Znalazła... MNIE!
- No niech pani powie, ładna ta koszulka prawda? - wbiła we mnie wzrok wyraźnie mówiący: Pamiętaj o solidarności jajników!
- Yyyyy, wie pani... Ładna koszulka, taka jasna, w sam raz na lato, takie kolorowe paseczki - uderzyłam w ton Pani Żony, a wzrokiem spotkałam spojrzenie Pana Nękanego - taka bardzo kobieca... yhm... niemęska ta koszulka...
- Tak pani mówi? - krytycznie spojrzała na ciuch.
- Tak i przepraszam muszę lecieć, nie mam czasu. - zbiegłam z miejsca zdarzenia.
Za plecami usłyszałam jeszcze.
- Ale słyszałeś, pani mówiła, że ładna. Kupimy ją!
- Ładna, ale pedalska tak mówiła! - dobiegło mnie na koniec zgrzytnięcie zębów Pana Męża.
W ogonku do kasy stanęli obok. Koszulki nie kupili.

Mnie z kasy nogi poniosły pod sklep meblowy gdzie ujrzałam ławę... Odkąd mama mnie pozbawiła takiego mebla odczuwam brak. Ta wydawała się idealna... Malutka, ładniutka, w sam raz na dzbanek i dwie filiżanki... Ależ mi zbrzydła jak zobaczyłam niepozorną karteczkę z napisem 699,-!!

W drodze powrotnej nic się nie dymiło.
Na obiadokolację, wzgardzony przez elitę rządzącą, schabowy z ziemniakami i ogórkiem małosolnym.
Wnioski z myślenia czyli co nęka chwilowo bezdzietną.
Myślałam. Na balkonie. Proces męczący ale jakoś mi szło. Z zadumy wyrwała mnie koleżanka.
- Cześć tam na górze! Co robisz?
- A cześć. Myślę. I nawet nie boli.
- A co cię tak zajęło, że ludzi nie widzisz?
- Widzisz... rozjaśniam włosy od jakiegoś czasu i mam teraz kolor wiewiórki wypranej w odplamiaczu. Nie wiem co zrobić. Rozjaśniać dalej czy zafarbować na ciemne, bo mi chyba blond nie służy. Moje iku się z prawej strony wykresu świńskim truchtem przenosi na lewą. No i książka... Teściowa mi pożyczyła. Nic ambitnego, taka tam historia miłosna. Miało być lekkie a pisane jest takim językiem, że we mnie wszystko jęczy. Chyba nie przeczytam. I obiad mam do zrobienia, nie wiem co poczynić w garze... Polska kuchnia taka ambitna niby, a ja nie mam ani młodego dorsza, żeby na kaszy jaglanej w szafranie podać. Szafranu też nie mam. Ani perliczką nie dysponuję, żeby ją przyrządzić w miodzie z owocami leśnymi. Tak wydumałam, że chyba Premier się wstydzi tego co mam na co dzień na talerzu, że do tego PE taki jadłospis wymyślili. W związku z tym wymyśliłam, że za 8 lat w czerwcu jadę do Krakowa na obiad do Wierzynka i muszę skarbonkę na ten cel uruchomić, i zbierać kasę, bo spożywać zamierzam bażanta! O! I o tym właśnie myślę. Ale... najważniejsze to te włosy... bo reszta się jakoś ułoży, hehe. - wpadłam w słowotok jak to się zdarza na widok człowieka, gdy za towarzysza rozmowy ma się ciężarną kocicę.
- Rozjaśniaj bo dobrze ci w jasnych. A dzieci to chyba nie masz w domu? Co?
- No nie mam. Skąd wiesz?
- Bo gadasz jak potłuczona. Ale masz rację - włosy najważniejsze!
- Taaa, rozjaśniać na blond mówisz... to ja jeszcze pomyślę...
środa, 06 lipca 2011
5 lipiec już minął czyli o czym zapomniałam.
A zapomniałam...
Złożyć życzenia.
Wszystkim Karolinom i Antkom, którzy świętują swoje imieniny.
Żeby życie płynęło bez wielkiej zadymy,
Zdrowo, dostatnie, szczęśliwie im było,
By koło fortuny się dobrze kręciło.
Sto lat.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10